24 lipca

Film zawiera kilka nieprzyjemnych scen.

Przeszło pięć lat temu usłyszałem o projekcie “Life in a day”, filmie, do którego cegiełkę mógł dołożyć każdy. Wystarczyło nagrać swoje poczynania 24.07.2010 i wysłać do twórców. Koniec końców, jak wynika z wejściowej planszy, zebrano 4,500h materiału (w przeliczeniu około pół roku). Z tego materiału zmontowano dokument o długości 1:30h.

Dwie pierwsze rzeczy, które uderzają to ilość materiału “na surowo” i dysproporcja (1:3000) do materiału końcowego. Z jednej strony, zabieg był potrzebny, by powstał dokument o sensownej długości i widz nie zasnął w trakcie. Z drugiej strony, jak wielu scen, ludzi, historii nie trafiło do finalnego materiału. Mam problem, by przeliczyć to w głowie.

Gdy tylko film miał swoją premierę na YT dodałem go do listy “Obejrzyj później” (znalazł się tam jako pierwszy). Po prawie pięciu latach od premiery znalazłem sprzyjające okoliczności, by go w końcu obejrzeć. Jestem tak bardzo pod wrażeniem, że skłoniło mnie to do napisania tych kilku(nastu) słów.

Film nie ma jednego bohatera, za którym krążymy, na chwilę po obejrzeniu najbardziej pamiętam koreańskiego rowerzystę-podróżnika, który chyba dostał najwięcej czasu ekranowego. Niemniej, mamy do czynienia z afgańskim fotoreporterem pokazującym “zwykłe” życie, dziewczyną szykującą się na telekonferencję ze swoim chłopakiem(?) będącym na misji, afrykańskimi dziećmi, Brytyjczykiem oraz jego Ojcem i wieloma, wieloma innymi osobowościami.

W tym filmie jest tak wiele perspektyw, na jeden ten sam dzień, że nie sposób przytoczyć wszystkie z pamięci. U kogoś to dzień, w którym musi jechać do szpitala, komuś innemu rodzi się dziecko (z tej okazji mdleje) jeszcze gdzie indziej mały chłopczyk idzie “do pracy”. Nie dzieje się tu nic spektakularnego, w swej prostocie większość z tych sytuacji jest po prostu ciekawa.

Znajdziemy tu ujęcia rodem z kanału NatGeo, jak i pikselowate obrazy, na których trzeba się domyślać, co się dzieje. Do tego filmu mógł się dołożyć każdy. Sposób, w jaki zmontowano amatorski materiał różnej jakości w ten jeden, spójny film jest w moim pojęciu (nie mam bladego pojęcia o montażu filmowym, c’mon!) sporym wyzwaniem, któremu postprodukcja sprostała w pełni.

Dodatkowo producenci postanowili dać twórcom “na planie” pewną pracę domową. Zadali kilka pytań, na które twórcy mieli odpowiedzieć, sami albo odpytując kręcone osoby. Pytania dość trywialne, ale bardzo ładnie ukazują różnicę perspektyw. Tak jakby sam obraz z różnych krajów nie wystarczył.

Po obejrzeniu moja mini bańka gdzie nad większością rzeczy panuje, pękła. Choć zabrzmi to drastycznie, to przypomniałem sobie o całym świecie innych podejść, pragnień, obaw, wydarzeń.

Tak mnie tchło do refleksji.

Jeśli jeszcze nie widziałeś, to polecam zaopatrzyć się w kubek herbaty i spędzić półtorej godziny na seansie.