Won z mojej sypialni!

Seks, jaki to poczytny temat. Nie ma tygodnia by przez mojego RSSa nie przewinął się tekst bądź dwa na temat tego, co jest dobre a co złe w łóżku. I wszystko byłoby w należytym porządku, gdyby nie fakt, że treści te mają dla mnie jakąś poronioną genezę.

Nie chodzi mi tu o szkalowanie autorów owych publikacji. Jest popyt, pojawia się podaż. Standardowy mechanizm kierujący wieloma domenami życia ludzkiego. Co mnie w tej sytuacji zadziwia to fakt, że ten popyt w ogóle występuje.

Jesteśmy ciekawi, jak wznieść się na wyżyny naszego erotycznego życia, chcemy osiągnąć święty Grall spełnienia seksualnego. Szukamy tych odpowiedzi i natrafiamy na felietony w sieci. To jest moment, w którym zaczyna mi coś zgrzytać. O ile ciekawość ludzka jest w pełni uzasadniona, tak jest pewien rodzaj wiedzy, których nie powinno się szukać w internecie.

Nie mam zamiaru tu przytaczać swoich doświadczeń i wniosków z nich płynących. Chciałbym zwrócić uwagę na jedną zasadniczą kwestię. Udany związek i relacja partnerska wynika z rozmowy. Tak, otworzenie ust do drugiego człowieka i zadanie pytania. W tym wypadku pytanie brzmiałoby mniej więcej tak: “Kochanie/kocie/czy jakkolwiek nazywasz swojego partnera, co mogłabym/mógłbym zrobić, by było Ci lepiej?”. Pytanie, które może dotyczyć wielu dziedzin. Gotowania, sprzątania, czy choćby tego tytułowego seksu.

Skoro jesteś w związku, mam nadzieję szczęśliwym, powinnaś/powinieneś umieć zdobyć się ze swoim partnerem na szczerość i porozmawiać o ewentualnych problemach. Nie rozumiem, jak rady pisane w sieci przez najczęściej nieznane Ci osoby mogłyby wpłynąć na Twój związek. Może czasem dadzą do myślenia. To super! Internetowi twórcy często puszczają w eter odpowiedzi na pytania, które są rzekomymi zagadkami istnienia.

Tymczasem, każdy człowiek jest inny. Serio, każdy z nas jest indywidualnością. Jest miliard fenotypowych kombinacji, biliony różnych odchyłów i mógłbym wyliczać dalej rodzaje różnic między ludźmi. Twoim zadaniem w tym momencie jest dowiedzieć się, jaki jest Twój partner. Tylko tyle albo aż tyle. Czasem wymaga to pracy, może się okazać, że musisz przebić się przez dziecięce traumy, dorosłe wyobrażenia skrzywione przez filmy porno, czy po prostu samemu zdobycia się na odwagę, by pewne kwestie poruszyć.

Jeśli podczas czytania tego wpisu jeszcze nie wstałaś/wstałeś od komputera, by zadać powyższe pytanie, idź i zrób to. Rozmowa potrafi rozwiązać naprawdę wiele problemów. Czasem może je wygenerować, jednak uważam, że warto. Musisz pamiętać też, by nie bać się wiadomości zwrotnej. Nawet jeśli nieco Cię urazi.

A może jesteś singlem, może nie masz kogo zapytać w tym momencie?. Może te treści są pisane właśnie dla takich osób jak Ty? Zastanów się tylko czy warto zakrzywiać sobie postrzeganie na intymne relacje pryzmatem cudzych doświadczeń?

PS. Mam nadzieję, że nie jesteś adresatem tego wpisu i zmarnowałem właśnie kilka chwil z twojego żywota.

zdjęcie

  • Łatwiej jest wyczytać w necie 10 “uniwersalnych” trików łóżkowych, niż skonfrontować swoje umiejętności z rzeczywistością [a więc postrzeganiem przyjemności] partnera.
    Być może tego typu teksty cieszą się taką popularnością, bo podobno wszyscy faceci są tacy sami (wiem, że nie są) i jeżeli Kazik instruuje, jak jest dobrze, to może mój Wiesiek też tak myśli.

    Chyba się boimy, że partner powie – “wszystko super, ale gdybyś tak mogła nad tym popracować i zamiast się tak wyginać, mogłabyś to robić tak.” Może chcemy, by myśleli, że internetowe smaczki, które wyczytałyśmy w necie, są tak naprawdę nasze.
    Autorskie.

    Czy coś. 🙂

    • Łatwiej nie znaczy efektywniej, a polegając na cudzych poradach stajemy się jeszcze większymi więźniami stereotypów.

      Strach ma w moim pojęciu dwie funkcj: pierwszą – przestrzega nas przed sytuacjami groźnymi dla naszej osoby (tu potencjalna kłótnia w związku), drugą – motywacyjną, jeśli się czegoś boimy to najlepiej to zrobić i przestać się bać. Oczywiście w granicach rozsądku.

      Przypisywanie sobie “trików” to swoista kradzież intelektualna – która, w pościeli nie ma większego znaczenia, zatem…

      Oczywiście, nie mowa tu o specjalistycznych źródłach… niemniej, nie znajdę ich na blogach identyfikujących się jako “lifestylowe”.

      • Żeby była jasność – ja się z Tobą zgadzam. Próbuję tylko zgłębić fenomen poczytności tych tekstów.

        Z drugiej strony – czy oglądanie pornografii to również nie jest kradzież intelektualna?

        • Seks zawsze był i długo jeszcze będzie “ciekawym” tematem. Nie ważne o jakim aspekcie byś napisała – odbiorców powinien znaleźć 😉

          Oglądanie pornografii to korzystanie z pewnego utworu. Tak samo jak oglądanie innych filmów/seriali nie jest kradzieżą własności intelektualnej. Z tego co kojarzę (mogę się mylić) wzięcie czyjegoś a potem oznajmienie, że “to moje!” to kradzież 😉

          Niemniej dziwny mógłby być dialog:
          – O kochana, skąd Ci przyszedł do głowy pomysł na taką pozycję? Bosko!
          – Ostatnio z przyjaciółkami czytałyśmy kilka magazynów z poradnikami/obejrzałyśmy kilka filmów pornograficznych…

          😀